czwartek, 26 sierpnia 2010

W kwestii klatki...

Nie martw się, że ja się martwię.
Dziś sądzę, że nie chodzi o fakt jej istnienia.
Ostatecznie wolność nie jest niczym innym jak dobrowolną zgodą na przebywanie w jakiejś tam niewoli. A wyzwalanie się ? Czyż nie jest przechodzeniem z jednej klatki do drugiej ? Po prostu dlatego, że między nimi nie ma już wolnej przestrzeni (a nawet gdyby była, to byłaby to przestrzeń ze wszelkich stron ograniczona ścianami klatek).

Nie chodzi więc o jej istnienie.
O to, że i czy jest, a ja w niej.
Tylko o relacje między nią a zapudłowanym.
Jeśli chodzi o moją obecną sytuację, uprzejmie donoszę, że mam się nieźle, zwłaszcza od czasu jak utrzymuje pręty klatki, ściany, sufity, granice, bariery i klapy oddalone ode mnie na wyciągnięcie ręki.
Napór zewnętrzny zapewne nie ustał ani nie zmniejszył się- nie ma złudzeń. Ale widzę ją i siebie w niej. I odpowiadam oporem idącym w przeciwnym kierunku. Takie mam więc wrażenie, jakbyśmy się wzajemnie o siebie opierały (nie używam słowa "napór", które zbyt blisko ociera się o istotę przemocy).
A kiedy przyjdzie wiosna, odmaluję pręty (może na biało ?), wymiotę z kątów, a wzdłuż krawędzi zasieję koperek i rzodkiewkę, a może też rezedę i maciejkę. To dobry zestaw0 dla zdrowia i urody tego świata. Zwłaszcza ku wieczorowi... Na szczęście klatka ma okna i drzwi. A że czasem gubię klamki...